Funkcja

Winna wódka i pomroczność jasna

Można by rzec: „łatwo przyszło, łatwo poszło”, „miałaś chamko złoty róg” albo „mądra Polka z musztardą w ręku po obiedzie”. Owszem, można by tak rzec, tylko po co? Używanie przysłów jako narzędzia do samobiczowania, nie tylko nie rozwiązuje problemu, ale i uogólnia istotę rzeczy, całkowicie spłycając temat.

A przecież diablisko tkwi w szczegółach.

Zaopatrując się w skalpel, kilogram soli, wodę święconą oraz podręcznik młodego egzorcysty na wszelki wypadek, postanowiłam pochylić się nad owym diabłem tu i teraz. Nie ma odwrotu. Rogaty proszony do zabiegowego, płaszczyk i widełki proszę zostawić w poczekalni. 

Mniej więcej od siedmiu lat zmagam się z chorobą, która w przypadku mężczyzny- jest delikatną rysą na reputacji, w przypadku kobiety – niewybaczalną hańbą godną potępienia, a przynajmniej na takim wypizdowie, na jakim mieszkam ja. Czy zostałam potępiona? Niekoniecznie. Pewnie, gdyby to były inne czasy, już dawno by wywieźli mnie na taczce gnoju, jak Jagnę u Reymonta, teraz muszą ograniczyć się jedynie do krzywych spojrzeń i obgadywania za plecami, a z tym choć „wstydno”, to jednak da się żyć. No dobra, żarty na bok.

Nie potępili mnie, bo o moim alkoholizmie tak naprawdę mało kto wie.  Nie żebym chwaliła się sprytem, ale poza paroma mniej lub bardziej spektakularnymi wpadkami, to udaje mi się ukrywać swój wstydliwy problem całkiem nieźle. Miałam trochę szczęścia, gdyż moje grzeszki jak choćby przyjście do pracy w stanie niemalże całkowitej nieważkości zostało uznane za jednorazowy wybryk i sprawa rozeszła się po kościach. Nikt już o tym nie pamięta, oprócz mojego wewnętrznego krytyka. On kiwa głową, że pamięta i nie wybaczył, ale obiecał, że przestanie już z tego powodu mi dopierdalać. 

Do wczoraj byłam miesiąc trzeźwa – mój najdłuższy staż trzeźwości. To, że łatwo przyszło, sprawiłam to ja oraz aplikacja „I am sober”, to, że łatwo poszło – też ja i historia pt. urodziny koleżanki z pracy. Ale od początku…

Bardzo ucieszyłam się, że dostałam zaproszenie na te urodziny. Kupiłam prezent o wartości 300 złotych i postanowiłam dokupić jeszcze spersonalizowany tort. A co będę koleżance żałować?! Szybki prysznic, trochę tapety na ryjec i w drogę. Daleko nie miałam. Choć dotarłam tam 15 minut przed czasem, okazało się, że byłam ostatnia. Od razu gospodyni wcisnęła mi do rąsi piersiówkę domowej nalewki na rozruch. Gdzieś tam się łudziłam, że jej nie wypiję, ale złudzenia szybko wyparowały po haśle „No mili goście, to flaszeczki w dłoń i zerujemy. Za spotkanie!” Zawahałam się chwilę, ale w końcu przechyliłam buteleczkę i wytrąbiłam za ojczyznę… znaczy za spotkanie.

Wzburzone fale alkoholu zaczęły bić o korę mózgową. Czysta dopamina, obudziła szatana pogrążonego w lekkim śnie, lwice salonową, która teraz będzie duszą towarzystwa. Jaką historię wariacie? Mam ich całe mnóstwo, żadna nie jest prawdziwa, ale to przecież nie ma znaczenia. Powiem ci wszystko, tylko polewaj.

Oczywiście szybko straciłam rachubę czasu i wlewanych w siebie drinków. Śmiesznie już było, czas na to, żeby było żałośnie.  Opadająca mimika twarzy, bezwładne ciało zawieszone na krześle, zamiast zabawnych historyjek – bełkot. Zbłąkanym wzrokiem patrzyłam na kobiety po drugiej stronie stołu, na próżno szukałam drugiej tak pijanej osoby, byłam jedyna. I teraz pytanie: dlaczego? Dlaczego to sobie zrobiłam?

– Siostro skalpel. Zobaczmy, co nasze diablisko ma w środku.

„Piłaś, bo chciałaś” – tak, ale czuję, że w tych flakach jest coś więcej. Muszę poszukać głębiej.

„Jesteś nieodpowiedzialna i nie potrafisz przewidywać konsekwencji” –  nie, to nie to. Doskonale oszacowałam konsekwencje, co do jednej kropli wymiocin w kącikach ust.

„Ty po prostu chciałaś być fajna, a wiesz, że na trzeźwo nie potrafisz” – bingo.

-Proszę zaszyć pacjenta, wychodzimy.

Koło 22:30 impreza dobiegała końca. Gospodyni, powiedziała, że ma dla nas po kawałku tortu (który ja kupiłam) i po połówce na odchodne. Nim nam to wręczyła, powiedziała:

– jeszcze jedno, impreza wyniosła 600 zł, podzielę te kwotę na nas wszystkich. Możecie przelać mi blikiem.

Zesztywniałam. Ochoczo wzięłam tę flaszkę, bo po podliczeniu tego wszystkiego była moją najdroższą. Otworzyłam ją już za rogiem i lawirując od krawężnika do krawężnika zaczęłam pić.

No to miałaś chamko złoty róg, został ci jeno sznur – wiesz, co możesz z nim zrobić.

Mam dla ciebie dwie wiadomości. Zła jest taka, że jesteś idiotką, dobra natomiast, że idiotką jest się tylko raz.

Z internetowej otchłani skradzione.

Witam wszystkich w moich czterech ścianach alkoholowej niedoli.

Jak już zapewne część z Was wie – mam na imię Oktawia i zmagam się z dość paskudną chorobą, która nie tylko wycackała mnie z ostatniego grosza przy duszy,

ale i doprowadziła do całkowitej ruiny.

A po cóż i na cóż ten blog, zapytacie.

Otóż po jajco.

1:0 dla mnie. Gracie dalej?

Pierwotnie strona ta miała być internetową wersją dzienniczka uczuć –

spadkiem po byłej terapeutce.

 Stąd też nazwa „Emocjonalny śmietnik”.

Zamiast ubrudzonych tuszem palców – wirtualne słowa,

Zamiast wycia do księżyca – bełkot na WordPressie.

Zamiast tamy tłumionych gorzkich żali – wodospad słabych technicznie wpisów, pełnych błędów językowych oraz interpunkcyjnych.

Pogódźcie się z tym😊    

Co się zmieniło?

Jajco. 2:0. Gracie dalej?

Jakimś zrządzeniem losu znalazłam tu wspaniałych ludzi, którzy pielęgnują słowo pisane. To doprawdy ujmujące, aż wzruszeniem szkli się wzrok.

W dobie ubożenia intelektualnego, które postępuje bezlitośnie w rytm kilkusekundowych tik toków o ruchaniu biedy i siebie nawzajem –

Wy stukacie te w klawiatury.

A stukacie pięknie.

Mądrze.

Ponadczasowo.

 Z tego miejsca chcę powiedzieć, że słyszę Was i widzę.

Dziękuję za każdy like, komentarz,

 a przede wszystkim – za wsparcie.

 Czy to w komentarzach, czy w mailach.  To wspaniałe, że znaleźliście czas, żeby do mnie zajrzeć.

Szczególne podziękowania składam Pani Ani z bloga https://mojacisza.com/.

Bożesz Ty mój, który jesteś na niebiosach i w niedzielnej tacy, dzierżonej przez księży – dzięki Ci za tę kobitkę!!! Odwaliła za nas ( pływających na dnie butelki) kawał dobrej roboty.

Pani Ania ugotowała merytoryczne danie ze składników najwyższej jakości, okraszone linkami do wiedzy, które są poddane w lekko strawnej pigułce, tak że nie ma opcji, że zwrócisz. Nawet z chama nie wyrwie.

Pani Aniu,

ukradłam od Pani wszystko.

Zajumałam. Przywłaszczyłam.

Proszę nie dzwonić, nie pukać – bo nie oddam.

Podejście, jakiego Pani uczy, sprawiło, że zaczęłam krzyczeć:

„J.A . – jebać alko na 100%!”

No dobra… może na 95%, bo jeszcze troszkę się cykam.

Dzięki Pani przetrwałam weekend.

Alko lało się przy stole strumieniami,

a ja nawet nie miałam ochoty dołączyć do biesiadników.

Wybrałam nie pić –

i nie biczować się etykietami,

które przyszywa mi choroba.

Jak słusznie Pani  zauważa w jednym ze swoich postów –

nie możemy pozwolić, aby to choroba nas definiowała.

Nikt przecież nie przedstawia się:

„Anka z kaszlem”

albo

„Oktawia z hemoroidami.”

Więc i ja przestałam się mianować alkoholiczką.

Jeśli jakimś cudem zawieruszyliście się tu u mnie,

a nie znacie jeszcze bloga mojacisza.com –

odpalajcie wrotki i bieguśkiem do Pani Ani.

Bierzcie, czytajcie i kradnijcie z tego wszyscy.

Skowyt.

Czasem się zdarzy, że światło zmienia swoje nachylenie. Wpada nagle przez okno niepostrzeżenie albo wpełza na ścianę tysiącem jasnych strug, pochodzących od zapalonej świeczki. Centymetr po centymetrze projekcja świetlistych punkcików sunie po tapecie, przyśpiesza, aż w końcu galopuje i zlewa się w jedno. Powstaje wtedy okrąg światła, będący swoistym portalem. Zaproszeniem do przejścia na drugą stronę. I tak stoisz u progu, jak te widły w gnoju i nie masz pojęcia co zrobić. Nie chcesz być tu z rogatym po ciemnej stronie mocy, gdzie całe twoje życie kręci się w ogół alkoholu, ale nie chcesz też iść tam, by walczyć o trzeźwość.

Na imię mam Oktawia. Jestem alkoholiczką, a to mój drugi dzień trzeźwości.

Próbuję uporządkować sobie kilka spraw w głowie, a że idzie mi to dosyć sprawnie to przeszłam wszystkie pięć etapów żalu jeszcze przed śniadaniem. Najtrudniejsza jest akceptacja.

Akceptacja, że życie to nie produkcje Disney ’a. Przypomina bardziej przetrwanie niż podróż balonem nad bajeczną krainą rozwoju osobistego.

Może nie będzie wielkiego celu, podróży, miłości, która zmieni wszystko.

Może najbliższe lata to tylko:

„Wstań – ogarnij się – pracuj – wróć – pamiętaj, żeby nie chlać- zasypiaj z krzykiem wewnątrz, – powtórz proces od nowa.”

Może moim osobistym Mount Everestem naprawdę będzie to, żeby dożyć do końca bez sraki na godność.

Wiecie co?

To i tak zajebiście dużo.

Jestem wojowniczką niskich oczekiwań, która przechodzi przez piekło- mimo to dalej oddycha i jeszcze potrafi przekląć to pełnym zdaniem.

Przerwać krąg śmierci.

Weekend dobiegł końca, o czym bezlitośnie poinformował mnie budzik ustawiony na 04:30. Miałam godzinę, żeby pozbierać, to co ze mnie zostało i odbyć walk of shame do pracy.  Właściwie, czterdzieści pięć minut, bo piętnaście zajęło mi patrzenie się w sufit. Każda moja komórka, każdy organ, który ledwo przeżył weekendowy potop alkoholu chciał umrzeć. I ja również.

 Oślepił mnie blask zapalonego światła w łazience. Odruchowo spuściłam wzrok. To co miałam za chwilę zobaczyć, napawało mnie lękiem i odrazą, bo diabeł nie tkwił już w szczegółach, a w lustrze. Opuchnięta twarz, przekrwione oczy, pożółkła skóra. I to Kainowe piętno w wersji de lux dla alkoholików.

– Sorry, naprawdę sorry, ale nie wyglądasz dobrze, wszystko ok u ciebie? – zapytała kadrowa, włączając ekspres do kawy.

Myślałam: Nie, nic nie jest ok. Znowu wylądowałam w piekle kręgu alkoholowego, po tym jak miesiąc byłam trzeźwa. Funduję sobie śmierć i to za te marne grosze, które mi płacicie!

– Tak, wszystko w porządku – odpowiedziałam.

– Ale nie wy…

– Tak wiem, nie wyglądam dobrze. Przyjęłam do wiadomości.

Przerwać krąg śmierci. Wrócić do normalności.

            Czasami myślę o zapisaniu się na terapię, choć to słowo w mojej głowie brzmi równie alarmująco co  praca na czarno w uszach komornika. Tak się składa, że byłam już na czterech. Nie przyniosły mi  nic, poza zubożeniem finansowym i intelektualnym.

Uległam temu trendowi jakieś pięć lat temu, kiedy wszyscy w social mediach mówili o zbawiennym działaniu terapii. Każdy zachwycał się, że można poznać siebie, dostać porady jak pracować nad swoim paskudnym charakterem, a przede wszystkim nabyć niezbędnych umiejętności do walki z uzależnieniem.  No i namówili.

Pierwszym moim wyborem był Grzesiu z Wrocławia, z którym kontaktowałam się przez WhatsAppa. Wytrzymałam tylko 5 sesji, bo on miał na mnie jeszcze bardziej wyjebane, niż ja na trzeźwość. Wyciągał ze mnie informacje na temat moich problemów, po czym kwitował je iście błyskotliwymi rozwiązaniami.

Weź się w garść. Kobita 23 lata, a kompleksy na poziomie nastolatki z pryszczami.

 Pijesz, to przestań. Kto to widział, żeby kobita tyle piła.

 Idź do ośrodka zamkniętego, no wstyd ale i mus! Prywatnie, to jakieś od 5 do 10 tysi. Państwowo za darmo – ale to dopiero za jakieś 3-4 lata. Wybierz mądrze.

150 zł się należy, Następny!

            Po pierwszej porażce, postanowiłam spróbować ponownie. Tym razem był Tomek z amnezją. Każde spotkanie zaczynał od pytania „z czym Pani do mnie dzisiaj przychodzi?”, jakby widział mnie pierwszy raz i to co mówiłam wcześniej nie miało żadnego znaczenia.

– No, terapię chciałam kontynuować.

– A co to dla Pani znaczy, że chciałaby Pani kontynuować terapię?

– Znaczy to dla mnie tyle, że chciałabym, aby kontunuowanie terapii pomogło mi się oprzeć wrażeniu, iż wolałabym przepić te 180 zł, niż płacić je Panu za zadawanie takich pytań.

Tomuś zamknął połączenie bez słowa. Był w komfortowej sytuacji, bo wizyta została opłacona z góry.

            Jak widać, z mężczyznami mi nie wychodziło, więc po dwuletniej przerwie zapisałam się do Izki – kobiety, która ewidentnie nie była puchem marnym. Miała coś w sobie z grubiańskiej baby o sile rażenia pięści zapaśnika sumo oraz delikatnej wyznawczyni New Age’u, pielęgnującej kobiecą energię. Co więcej, stanowiła kombinację wszystkich nurtów światopoglądowych, jakby rodzice zaczęli ją płodzić za czasów PRL-u i skończyli tydzień temu.  

            Fascynowała mnie. To właśnie ta fascynacja sprawiała, że do niej chodziłam najdłużej. Potrafiła czytać ze mnie jak z otwartej księgi. Wiedziała kiedy mijam się z prawdą, mówiąc:

„ Mnie próbuje oszukać, czy siebie?” albo „takie bajki to niech sobie w pamiętniczku pisze, a nie mnie tu makaron na uszy nawija”.

Któregoś razu zapytała:

 – Co ma takie oczy podpuchnięte? Pite było czy płakane?

– Płakane.

– Tylko?

– Pite też.

-Niech no przeczyta, co tam zapisała w dzienniczku uczuć na ten temat.

– Nic nie zapisałam.

– A czemu nie zapisała? Przecie tak pięknie potrafi się nad sobą rozczulać. Pokutnica świata.

Auć… w sumie racja, ale i tak auć. Izka nie chędożyła się w tańcu. Czasami stosowała metodę dobry – zły glina. Jak zły glina nie dawał rady, to wzywała posiłki. Wtedy  na sygnale przyjeżdżał dobry glina, którym w jej przypadku było to drugie, kobiece oblicze pachnące kadzidełkami. To właśnie ono pchnęło mnie do rezygnacji, kiedy zaproponowało kupno kamieni do energetyzowania o północy i rozkład tarota gratis. Pomyślałam sobie wtedy: No dobra Izka, obie jesteśmy pierdolnięte, różnica jest tylko taka, że ty jakimś cudem osiągnęłaś tytuł magistra psychologii.

            O czwartym terapeucie szkoda gadać. Ponoć nasza „relacja terapeutyczna”, głównie nie wyszła z mojej winy, bo jestem sobie taka „Zosia Samosia i samochwała, co to z butelką wina w koncie stała.”

Nie wiem czy jest sens, szukać kolejnej dobrej terapii, legenda głosi, że są tacy, którzy znaleźli.  

Chciałaś? To masz!

O czym to ja..? A tak, urodziny koleżanki, a raczej to co nastąpiło po nich. Szczerze? Nie mam pojęcia. Ostatnie wspomnienie jakie mam, to jak ledwo stojąc na nogach szukam kluczy do mieszkania w torbie. Nie było to łatwe zadanie, zwłaszcza, że w lewej ręce dzielnie trzymałam telefon, a pod pachą na wpół wypitą butelkę wódki. W pewnym momencie gorzałka wabiona urokiem grawitacji, zaczęła ześlizgiwać się po jesiennej kurtce. Zadziałam instynktownie. Puściłam telefon, by uratować nasze dobro narodowe. Priorytety moi drodzy. Szanujmy siebie i polski alkohol.

Po wejściu przez próg domu urwał mi się film, jakbym przekroczyła granice świata, który nie istnieje. Pustka, limbo duszy, nie warte zapamiętania. Nie wiem, co robiłam ani jak trafiłam do łóżka. Jedyne co wiem, to, że opróżniłam resztę zawartości flaszki…wiecie, ot tak, żeby się nie zmarnowało.  

Obudziłam się o 5 rano w piątek, od razu żałując, że nie umarłam we śnie.

 Ból głowy?

 – jest!

Nudności?

-obecne!

Weltschmerz?

– zwarty i gotowy!

Rogaty na krześle? –

– melduję się. Witam ponownie w piekle. Tęskniłem i takie tam..  To co? Szybki prysznic, pomijamy śniadanko, bo raczej się nie przyjmie, szybciusieńko skoczymy do Żabki po setunię, albo dwie… i do pracki?

– spier….

Spojrzałam na telefon. Ekran rozbity. Pamiętałam, że mi upadł, ale to, że nie przetrwał próby losu – już nie. Musiałam się tym nie przejąć, zwyczajnie mi to wisiało i owiewało na lekkim wiaterku. Nieźle. Rachunek za imprezę wciąż otwarty.

Chciałabym powiedzieć, że 8-mio godzinna zmiana w pracy minęła mi szybko, ale to by było wierutne kłamstwo.  Sekunda po sekundzie sączyła się opornie po wskazówkach zegara zlewając się w niekończący dramat, akompaniowany jękami Rogatego.

– Gorąco tu, nie? Strasznie się pocisz.

 A mówiłem, żeby zalecieć po małe co nieco.

Ale kto by mnie tam słuchał?

 No ale żeby, kuźwa ktoś, to nie!   

            Gdy tylko zegar wybił szesnastą, pędem rzuciłam się do Stokrotki. Jim Bean 0,7 w promocji i jeszcze szklanka gratis? Bosko, skąd kurwa wiedzieli, że tu będę?!

Stało się, chciałaś to masz. Witaj Oktawia w piekle.